Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ksiązka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ksiązka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 marca 2014

#83. Recenzja książki. Lauren Olivier; 7 razy dziś

Samantha Kingston ma wszystko - trzy najlepsze przyjaciółki, wymarzonego chłopaka, kochającą rodzinę, świetne ciuchy, jest popularna i zapraszana na każdą imprezę. Jedna z nich kończy się niefortunnie - Sam potrąca kogoś wracając do domu samochodem z pijanymi przyjaciółkami. Następnego dnia budzi się w swoim łóżku a budzik wskazuje... 12 luty, piątek - jeszcze raz dziś.

Książkę wypożyczyłam od razu jak zobaczyłam tytuł, bo wydawało mi się, że gdzieś widziałam już jej recenzję. Zapowiadało się na niezłą lekturę, choć widać było, że autorka wzorowała się prawdopodobnie na Dniu Świstaka. Mimo to spełniło moje oczekiwania.

„Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. A potem dostaje się w tyłek”.

Fabuła w 7 razy dziś nie nudzi, chociaż mogłoby się wydawać, że tak się stanie, skoro autorka opisuje ciągle ten sam dzień. Na szczęście zrobiła to na tyle sprawnie, że akcja toczy się wartko a wydarzenia lub sposób postrzegania ich przez bohaterkę są różne. Nie jest pomysł na książkę najoryginalniejszy, ale ciekawe prowadzenie akcji zdecydowanie wszystko rekompensuje. Fakty często przepleciony są głębszymi przemyśleniami Samanthy, co nadaje książce nie tylko rozrywkowe przesłanie.

Bohaterzy są ciekawi i przemyślani. Sam w czasie trwania powieści bardzo się zmienia, zmienia się jej sposób myślenia, postrzegania rzeczy. Docenia wszystkie drobiazgi, które wcześniej nie wydawało się jej się aż tak cenne. Oprócz niej poznajemy również dość pobieżnie jej siostrę, rodziców, inne osoby, a nieco dokładniej jej najlepsze przyjaciółki, chłopaka, nową sympatię oraz tajemniczą Juliet Sykes, która jest z nią w pewien sposób związana. Nieoczywistość postaci dodaje im ciekawości, dzięki czemu czyta się jeszcze ciekawiej.

Może dla ciebie jest jakieś jutro. Może dla ciebie istnieje tysiąc kolejnych dni albo trzy tysiące albo dziesięć. Ale dla niektórych istnieje tylko dziś.

Autorka pisze prostym językiem, opisuje rzeczywistość popularnej, amerykańskiej nastolatki, tak jak ona ją widzą.Opisuje sny, przeżycia Sam, jej sposób myślenia - wszystko opisuje z niebywałą lekkością. Jeszcze jeden powód dla którego debiut Lauren Oliver stał się bestsellerem i uwiodła tysiące czytelników - w tym również mnie.

Podsumowując: książka bardzo przypadła mi do gustu. Opisuje zupełnie inną odmianę déjà vu, oraz to jak jedną decyzją możesz wszystko zmienić - zdobyć nowych przyjaciół, zniszczyć sobie reputację albo uratować komuś życie. Polecam, bo naprawdę warto ją przeczytać.

piątek, 7 lutego 2014

#82. Recenzja książki. Becca Fitzpatrick; Szeptem



Nora ma szesnaście lat i jest raczej mało popularną dziewczyną chodzącą do szkoły średniej. Kiedy na biologii nauczyciel usadzą ją z tajemniczym, lecz niezmiernie przystojnym chłopakiem sprawy się komplikują. Patch, jej nowy partner wyraźnie okazuje jej zainteresowanie, a i ona jest podatna na jego urok. Ale ten chłopak jej zdaniem jest ogarnięty mroczną pajęczyną, więc boi się wejść z nim w głębsze relacje. Jednak od ich poznania w życiu Nory zaczynają się dziać dziwne rzeczy - ktoś zaczyna ją śledzić, jej najlepsza przyjaciółka, Vee trafia do szpitala... O co w tym wszystkim chodzi? Jaki ma z tym związek Patch?

Okej, znowu wzięłam się za literaturę nie najwyższych lotów i znów tego żałuję. Magnetyczna okładka przyciągała mnie tak długo, aż wreszcie ją wypożyczyłam. I dotąd nie rozumiem dlaczego tyle osób się nią zachwyca.

Bohaterzy? Z żadnym się szczególnie nie związałam, choć przyznam, że wolę Norę, niż bezmyślną Bellę ze Zmierzchu. Ta pierwsza przynajmniej co drugie słowo nie wymienia imienia ukochanego, z którym tak naprawdę nie powinna być. Tym razem to charyzmatyczny Patch ugania się za dziewczyną a nie na odwrót, jednak w związku postaci z Szeptem czegoś mi brakuje. To nie jest big love, piękna miłość, ale też nie coś naprawdę odjechanego. Mimo wszystko polubiłam mroczny charakter Patcha. Vee i reszta? Raczej tło ogólnego wyrazu, bo choć zazwyczaj lubię najlepsze przyjaciółki głównych bohaterek to tutaj w ogóle się do niej nie zbliżyłam. Parę demonicznych osób się tam również przewinie (nie powiem kto to będzie jakbyście kiedyś czytali ;-) ), ale bynajmniej nie będą świetni.

Fabuła nie jest tragiczna, ale Becca Fitzpatrick pociągnęła według mnie nie te wątki co trzeba. Zamiast rozwinąć temat upadłych aniołów ona poszła w kierunku przedstawienia uczuć Patcha i Nory i . Wielki minus, bo kiedy wykorzystuje się motyw inny od wilkołaków i wampirów warto wykazać trochę kreatywności i stworzyć rasę według własnych pomysłów. A tutaj czegoś takiego nie było.
Akcja moim zdaniem jest nieco zbyt chaotyczna, nie ma jakiegoś wielkiego punktu kulminacyjnego, miejsca w którym akcja szczególnie zaczyna nas ciekawić. Czyta się to szybko, ale w moim przypadku bez większej przyjemności.

Choć nie dokończyłam lektury debiutu Stephenie Meyer to wiem, że tak naprawdę pomiędzy jej książką a książką pani Fitzpatrick postaci za bardzo się nie różnią. Obydwie główne bohaterki zakochują się w złych chłopcach, którzy okazują się nie z tego świata. W obydwu powieściach pary poznają się w tych samych okolicznościach - podczas przesiadek na lekcji biologii. W dodatku obydwie wydedukują, że ich faceci mają nadprzyrodzone moce przez poszukiwania w internecie. Brak oryginalności aż razi w oczy.

Autorka operuje prostym językiem, ale mało barwnym. Łatwo się czyta, ale nie ma z tego żadnej przyjemności. Wydanie za to jest przepiękne, okładka hipnotyzuje a tekst łatwo się czyta. To jak jest oprawiona ta lektura to jeden z jej nielicznych plusów.

Podsumowując: podobieństwo do innych książek tego typu zniechęca do czytania. Tak jak wiele czytelników zwiodła mnie niesamowita i przyciągająca wzrok okładka, a skończyło się na tym, że poczułam rozczarowanie. Nie mam zamiaru sięgać po następne tomy, bo podejrzewam że i te nie powalą mnie na kolana.

piątek, 31 stycznia 2014

#81. Recenzja książki. John Green; Gwiazd naszych wina

 
Hazel to szesnastolatka chora na raka, który objawia się praktycznym brakiem pracy przez jej płuca. Jej życie, które jak zwiastują lekarze nie będzie zbyt długie, spędza na oglądanie ulubionych seriali i noszeniem ze sobą Phillipa - nieodłącznej butli z tlenem. Nie chodzi do szkoły, nie ma zbyt wielu przyjaciół a także nie chce nawiązywać nowych kontaktów. Kiedy jednak mama przekonuje ją aby udała się na zebranie grupy wsparcia, w czym Hazel nie chce brać kompletnie udziału, poznaje Augustusa. Chłopak bez nogi, chory na kostomięśniaka od razu ją oczarowuje. I mimo, że jej zdaniem wygląda fatalnie to wszystko wskazuje na to, że on również się nią interesuje... Od tego momentu wszystko w życiu nastolatki się zmienia - Gus sprawi, że zacznie szukać odpowiedzi na różne pytania - co zostaje po tych którzy odchodzą, co dla nas znaczy życie lub śmierć, czy chorzy mają prawo ranić bliskich swoją śmiercią?

„Tak to jest z bólem (...). Domaga się, byśmy go odczuwali.”

Po odłożeniu książki miałam mętlik w głowie. Co się dzieje dalej z bohaterami? Jak kończą się nieukończone wątki? Ale przede wszystkim - jakie są odpowiedzi na pytania zadane w książce? Od razu po przeczytaniu trudno uporządkować myśli, jednak postaram się sklecić choć dwa zdania.

„Boje się zapomnienia – wyznał bez chwili wahania. – Boję się tego niczym ślepiec ciemności.”


Przede wszystkim pokochałam bohaterów. Oprócz Hazel i Gusa bardzo zaciekawił mnie również Isaac. Cała trójka, choć chora na nowotwór, nie poddawała się chorobie i traktowała ją wręcz z sarkazmem, na odległość choć była tak blisko i dawała im się we znaki. Widać to m.in. przez "bonusy rakowe" czy wyrażenie, którym Hazel częstuje nas już na początku - "efekt uboczny umierania". John Green stworzył ich nieuległymi, ale również takimi, którzy nie użalają się nad sobą i doceniają to co mają, nawet w najgorszych chwilach. Zachowywali się również jak starsi niż w rzeczywistości - efekt uboczny choroby.

Sposób zbudowania fabuły jest świetny. Nie płynie za szybko, ale również się nie wlecze. Ciekawość co będzie dalej aż mnie pożerała, jednak były i momenty w którym rzeczywiście trzeba było pomyśleć nad sensem życia (bez względu na to jak to brzmi). Nie jest nudno: autor opisuje tematy prosto, ale wyczerpująco. Jest również romantycznie. Słowo "okay" nabiera od lektury zupełnie innego znaczenia. Kocham czytać po parę razy moje ulubione fragmenty, m.in.

- Jutro?
- Cierpliwości, koniku polny - poradziłam. - Nie chcesz przecież okazać się nadgorliwy.
- Oczywiście, że nie, dlatego zaproponowałem jutro - odparł. - Chciałbym się z tobą znów spotkać dziś wieczorem, ale gotów jestem poczekać całą noc i kawałek jutra. - Przewróciłam oczami. - Mówię poważnie - dodał.
- Nawet się za dobrze nie znamy - zaoponowałam. Wzięłam książkę z półki między siedzeniami. - Może zadzwonię do ciebie, kiedy ją skończę czytać?
- Ale przecież nie znasz mojego numeru - zauważył.
- Mam dziwne przeczucie, że zapisałeś mi go na karcie tytułowej.
Uśmiechnął się tym niemądrym uśmiechem.
- I ty twierdzisz, że się za dobrze nie znamy.


W dodatku wszystko ubarwione jest lekkim, lecz pięknym językiem. Pełen polotu, lecz wypełniony humorem - tak bym go nazwała. Ujęty w bardzo ładne wydanie tekst zachęca do przeczytania i bardzo je ułatwia.

Podsumowując: zabawna, lecz naprawdę piękna. Mądra i wciągająca, lecz "to nie jest książka o raku, bo książki o raku to lipa". Poszukując odpowiedzi na pytanie, czy poza wpisami na Facebooku i grobem na cmentarzu coś po nas pozostanie bohaterowie trafią do jednego z romantyczniejszych miast, a między nimi zakwitnie wyjątkowe uczucie. Wyciska łzy, ale czasem ze smutku a czasem ze śmiechu. To chyba najlepszy sposób w jaki można by tu ująć. Uwielbiam tą książkę i szczerze Wam ją polecam.

niedziela, 19 stycznia 2014

#80. Recenzja książki. Stephanie Perkins; Anna i pocałunek w Paryżu


Anna Oliphant mieszka w Atlancie, ma siedemnaście lat, świetną przyjaciółkę, kochanego brata, dobrą szkołę i świetnego znajomego Topha, z którym dobrze jej się układa i ma nadzieję na coś więcej niż zwykłą przyjaźń. Nie jest więc zachwycona gdy jej ojciec postanawia wysłać ją do amerykańskiej szkoły w Paryżu. Jednak w stolicy Francji poznaje ciekawych ludzi oraz St. Claira. Inteligentny, zabawny, z brytyjskim akcentem i przy tym niedorzecznie atrakcyjny - Etienne St. Clair jest uosobieniem jej marzeń o perfekcyjnym chłopaku. Problem polega na tym, że jak to ideał jest już zajęty...

<Teraz nastąpi niesamowita historia z mojego życia. Nie żeby było jakieś niesamowite>
Fabuła jak na niezbyt dobry polski serial, pomyślałam gdy wzięłam ją do ręki w bibliotece i przeczytałam opis. Chęć przeczytanie spotęgowały jednak pozytywne opinie z Goodreads na tylnej okładce, więc bez zastanowienia wypożyczyłam ją z myślą, że najwyżej się rozczaruję. Sposób ujęcia tej historii przez autorkę był jednak fantastyczny i nie dał mi powodu do nudy.

Bohaterzy są genialni i bardzo wyraziści. Niezmiernie przywiązałam się do Anny - pełna ciętego humoru dziewczyna była tak samo jak ja recenzencką, choć wyłącznie filmów. Interesująca, choć z początku zamknięta w sobie wydawała mi się najlepszą w książce. St. Clair również był godnym podziwu w wykreowaniu bohaterem. Miał wiele kłopotów, ale był niezmiernie romantyczny. Przyjaciele głównych bohaterów byli w moim odczuciu barwni i zabawni, trudno całej paczki od razu nie polubić, zwłaszcza że każdy jest wyjątkowy, ma swoje własne umiejętności, hobby. Trochę zdziwiło mnie, że byli bardzo odpowiedzialni (przynajmniej w większości) i podejmowali dorosłe decyzje. Ale to warto jednak spisać na plus.

Trochę się obawiałam, że pobyt w akademiku będzie opisywany dzień po tygodniu a autorka spędzi wiele czasu na przedstawianie rutynowych czynności. Na szczęście tak się nie stało, akcja rozwija się szybko z pominięciem wszystkich mało ważnych rzeczy. Głównym wątkiem jest oczywiście dość nieszczęśliwa miłość Anny do St. Claira, która pełna jest "wzlotów i upadków". Czyni ją to prawdziwą i wiarygodną, co jest wielkim plusem dla książki, bo nie przeżyłabym chyba ponad 300 stron traktujących o lukrowanym romansie. W tle rozwija się również m.in. historia choroby matki Etienne, co sprawia, że bohaterzy mają o czym rozmawiać ale i my się nie nudzimy.

Minus dla lektury? Mało w tym wszystkim Paryża. Jeśli Anna wychodzi od czasu do czasu z akademika to faktycznie znajdzie się parę opisów, jednak zdarza się to według mnie zbyt rzadko. Z chęcią poczytałabym więcej o tej stolicy romantyczności, ale autorka dawkowała nam jego opisy do woli. No cóż, muszę to jakoś przeboleć.

Stephanie Perkins piszę tak jak lubię - prosto, lekko, zabawnie i na temat. Nie mogłam się oderwać od książki i czytałam bez przerwy. Niezmiernie mnie wciągnęła. Przekonało mnie do niej również wydanie - estetyczna, prosta okładka i ładny układ tekstu - tutaj warto podziękować wydawnictwu.

Podsumowując: romantyczna, śmieszna i prawdziwa a przy tym bardzo dobrze napisana. Trudno mi oczekiwać coś więcej od książki dla młodzieży. Naprawdę godna polecenia dla praktycznie każdej dziewczyny, myślę że humor zadowoli każdego a mało w tym wszystkim większych zbliżeń ;)

niedziela, 12 stycznia 2014

#79. Recenzja książki. Andrzej Pilipiuk; Carska manierka


Carska manierka - Andrzej Pilipiuk

W najnowszym zbiorze opowiadań Andrzeja Pilipiuka poznamy trzymające w napięciu przygody detektywa Roberta Storma, doktora Pawła Skórzewskiego i naturalisty Marka Kawki. Krótkie historie przedstawią nam światy w których przeszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą i nic nie jest takie jak powinno. Pełne tajemnic i zagadek opowiadania zostały doprawione sporym zastrzykiem fantasy a dzieją się w barwnych i nietuzinkowych rzeczywistościach...

Carska manierka zaciekawia i porywa od pierwszej strony. Nie spodziewałam się, że przygody głównych bohaterów aż tak mnie pochłoną, tymczasem otrzymałam zbiór fantastycznych opowiadań, których koncepty są niezmiernie kreatywne i ciekawe.

Fabuła każdej opowieści biegnie szybko, trudno się przy tym nudzić. Bardzo dużo w tym historii, więc przy niektórych momentach się trochę gubiłam - walki o których wspominano w tekstach nic mi nie mówiły, jednak nie przeszkadzało mi to specjalnie przy czytaniu. Pomysły na każde z opowiadań były niezwykłe - czasem Pilipiuk tworzył bardzo tajemnicze zagadki detektywistyczne, opowiedział nam również przygody doktora, w które trudno uwierzyć a na deser podał nam historię naturalisty poszukującego cennych minerałów, która została osadzona w alternatywnej rzeczywistości. Prawdziwe "perełki".

O bohaterach nie wiemy za dużo - krótkie historie raczej nie pozwalają nam na dobre zapoznanie z nimi. Jednak nie oznacza to, że nie są ciekawi - autor, choć skupia się raczej na ich perypetiach obdarzył ich różnymi umiejętnościami. Fani Pilipiuka z pewnością znają jednak Storma i Skórzewskiego z poprzednich książek autora, więc nie trzeba tego raczej spisywać na minus.

Pilipiuk pisze lekko, barwnie i przyjemnie. Szczególnie spodobały mi się jego opowieści o Robercie Stormie - dużo zagadek, grzebania w przeszłości... Dużo w tym fantastyki, trochę magii, starych wierzeń. Dzięki znanemu mi już językowi autora nie sposób się nudzić. Przeczytałam bardzo szybko, choć wcale się tego nei spodziewałam.

Proste i eleganckie wydanie w dodatku ze wstążką do zakładania aż kusi aby przeczytać książkę. Okładka nawiązuje do tematu jednego z opowiadań i bardzo ładnie pasuje do całości. Tekst czyta się wygodnie, a więc i do wydawnictwa nie mogę mieć o nic pretensji ;)

Podsumowując: wciągająca i godna polecenia. Nie spodziewałam się, że antologia opowiadań, aż tak mnie urzecze, bo na ogół specjalnie za nimi nie przepadam. Książka trzyma poziom pozostałej twórczości Wielkiego Grafomana. Kto lubi polską fantastykę, ten powinien sięgnąć po Carską manierkę.

wtorek, 31 grudnia 2013

#77. Recenzja książki. Michael Grant; Gone. Faza trzecia: Kłamstwa


http://s.lubimyczytac.pl//upload/books/55000/55038/352x500.jpg
Sytuacja w Ekstremalnym Terytorium Alei Promieniotwórczej się polepsza. Głód zostaje w miarę opanowany a Perdido Beach zaczyna rządzić Rada z Astrid i Samem na czele. Wszystko wydaje się być w porządku, jednak spór Ekipy Ludzi z odmieńcami wciąż się zaostrza i wymaga ostatecznego starcia, do którego jednak nie chce dopuścić dziewczyna Sama. W dodatku w samym środku ETAPu pojawia się prorokini. Jednak czy jej przepowiednie są prawdziwe nikt nie jest w stanie potwierdzić. Nadchodzi faza kłamstw...

Po raz kolejny Michael Grant ukaże nam niebezpieczny świat ETAP-u. Część III niebywale wciąga, ale zaciekawia, według mnie, mniej niż poprzednie tomy. Trzyma jednak wciąż wybitny poziom.

Bohaterzy, w trakcie czytania, bardzo ewolują - w Astrid gaśnie pycha, Sam staje się bardziej odpowiedzialny, Orsay wykazuje nieprzewidywane moce a umarli wstają z grobu... Zmagania z wszelkimi problemami ich hartują, jednak niektórzy mają dość życia w ciągłym strachu, walczenia o każdy kęs, ciągłych kłótni i wojen, kłamstw i fałszerstwa - kto w takim razie odpadnie? Astrid w tej części trochę mnie denerwowała, natomiast bohaterzy do których miałam do teraz mieszane uczucia wydali mi się o wiele bardziej sympatyczni.

„-Nie martw się. Nie pozwolę ci spaść. 
-Tak? To po co przyniosłaś kask? 
Rzuciła mu nakrycie głowy. 
-Na wypadek, gdybyś jednak spadł.”

Fabuła ciągle trzyma w napięciu. Michael Grant wplótł parę nowych wątków, nowe postaci, więc książkę czyta się od deski do deski i nie sposób ominąć cokolwiek. Wydaje się, że autor nie mógł stworzyć czegoś ciekawszego od poprzednich części, jednak od lektury nie da się po prostu oderwać. Niespodziewane zakończenia, nowi bohaterowie i nowe problemy nie dają nam książki po prostu odłożyć.

„jak to 'dziwnego'? Przecież w ETAP-ie wszystko jest dziwne.”

Język autora jest lekki i prosty, idealny dla młodzieży. Grant nie rozdrabnia się, ale też nie przedstawia nam sytuacji zbyt ogólnie. Narracja trzecioosobowa daje możliwość zobaczenia ETAP-u z różnych miejsc i punktów widzenia, co nadaje plastyczności i daje nam wyobrażenie całej rzeczywistości tego małego światka.

Podsumowując: Michael Grant powoli dawkuje nam tajemnice, nie zdradzając jednak zakończenia. Jeśli nie jesteście pewni, czy chcecie się wziąć za następną część - mówię Wam od razu "TAK". Na zachętę powiem, że autor uchyla rąbka tajemnicy jak wygląda świat poza ETAP-em Niemal dorównuje poprzednim częściom. Szkoda tylko, że jest krótsza o ok. 100 stron. Miejmy nadzieję, że kolejne tomy będą dłuższe i jeszcze ciekawsze.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę

sobota, 28 grudnia 2013

#76. Recenzja książki. Matthew Qucik; Niezbędnik obserwatorów gwiazd


Niezbędnik obserwatorów gwiazd - Matthew Quick

Finley to kończący liceum nastolatek z Bellmont. I pomimo tego, że ma kochającą dziewczynę Erin oraz jest w koszykarskiej drużynie szkoły chce się wyrwać z miasta, którym rządzą gangi i mafia. Nie dość, że musi opiekować się dziadkiem, który jest kaleką a jego ojcu trudno wiąże się koniec z końcem na dodatek dostaje nietypowe zadanie od  swojego trenera - ma zająć się Russem, zwariowaną megagwiazdą koszykówki, który od pewnego wydarzenia uważa, że przybył z kosmosu i sam nazywa się Numerem 21. Czy pod twarzą wariata Russ skrywa tajemnicę? Czy zajmie miejsce Finleya w drużynie? I czy chłopakowi w końcu uda się wyrwać z Bellmont?

Niezbędnik obserwatorów gwiazd jest historią, która nie wciąga - ją się po prostu pochłania. Nietypowi bohaterowie, którzy jak stwierdziłam po lekturze dwóch dotychczas wydanych w Polsce powieści Matthew Quicka, są mocną stroną autora a wartka akcja nie pozwala się nudzić. Szczerze mówiąc spodziewałam się, że Niezbędnik obserwatorów gwiazd będzie powieścią o wiele słabszą od Poradnika pozytywnego myślenia, że autor nie zada sobie tyle trudu aby napisać naprawdę dobrą książkę. Okazało się jednak, że Matthew Quick ma osobny pomysł na każdą powieść i potrafi go zrealizować równie dobrze.

Bohaterowie to grupka bardzo sympatyczna - Finley, jedyny biały w koszykarskiej drużynie (mój brat podczas lektury tej książki ciągle nie mógł się pogodzić z tym, że on nie jest czarny), Erin, z którą zna się praktycznie od zawsze i Numer 21, zwariowany koszykarz przebierający się za kosmitę - tym razem Quick postawił na nastolatków. Tak samo jak w Poradniku... postaci bardzo się autorowi udały i trudno ich nie polubić, co jest spowodowane głównie ich trzeźwym podejściem do świata.

Fabuła jest nieskomplikowana ale dość nieprzewidywalna. Losy bohaterów zaciekawiają, choć nie trzymają ciągle w napięciu. Akcja toczy się powoli, więc tych, którzy w książce nie lubią czytać o uczuciach za bardzo nie zaciekawi. Przez dłuższy czas poznajemy historię przyjaźni Finleya z Russem - w niektórych momentach może to trochę przynudzać, jednak akcja rozpędzi się, gdy poznamy sekrety głównego bohatera aż dobiegnie końca, który da nam nadzieję na pokonanie przeciwności losu.

Autor pisze ze znajomą już jego czytelnikom lekkością słowa, dzięki której nie nudzimy się czytając. Prostymi słowami opisuje najważniejsze dla nas wartości - miłość, przyjaźń. Wielkim plusem jest stworzenie w tej powieści narracji pierwszoosobowej prowadzonej przez Finleya - jego uczucia są nam zdecydowanie bliższe dzięki temu. Zaletą prostego języka, którym posługuje się pan Quick jest to, że nie utrudnia nam w lekturze - rzecz czyta się szybko, bez zbytniego zastanawiania się. Znajdziemy tam również trochę nieodłącznego humoru, co jeszcze bardziej ułatwi nam czytanie.

Podsumowując: trudno mi wciąż nie porównywać tej książki do Poradnika pozytywnego myślenia, jednak przyznaję, że jest on nie gorszy od poprzedniej książki autora. Zaciekawia tak samo jednak coś w tej książce przyciąga mnie bardziej niż cokolwiek w historii Pata. Może z powodu młodych bohaterów, bardziej mi bliższych - nie jestem do końca pewna. Mądra i pozytywna opowieść, warta uwagi, choć jej przeczytanie zajmuje jedno popołudnie.

niedziela, 22 grudnia 2013

#75. Recenzja książki. Matthew Quick; Poradnik pozytywnego myślenia




Pat Peoples właśnie wrócił z zakładu psychiatrycznego, zwanego przez niego "złym miejscem". Trzydziestoparolatek ma na życie pewną teorię - jego życie to film, tylko że jego musi zakończyć się happyendem - czyli powrotem eksżony, Nikki. Mimo tego, że Pat wyciska setki brzuszków na urządzeniu Stomach 6000, bo jego była "lubi facetów z ładną rzeźbą", ćwiczy bycie miłym a nie stawianie na swoim oraz czyta sterty klasycznych książek, które spodobałyby się Nikki, po to aby nikt nie nazwał go "niepiśmiennym bufonem", jego historia wcale nie ma zamiaru zakończyć się szczęśliwie. Na jego drodze pojawia się w dodatku inna kobieta - zwariowana tancerka Tiffany, która - jak się okazuje - ma z nim dużo wspólnego.

Poradnik pozytywnego myślenia to świetna, pełna optymizmu książka. Bohaterzy są ciekawie wykreowani i nieprzewidywalni a fabuła zawiera nie tylko zwroty akcji, ale również tajemnice. I choć ma swoje wady książka zdecydowanie przypadła mi do gustu.

Niezmiernie spodobali mi się bohaterzy, których wykreował Quick. Ciekawy i barwny Pat ze swoją naiwnością dziecka jest nietuzinkowym pomysłem na głównego bohatera. Równie interesująca jest Tiffany, która tak samo jak Peoples w swoim życiu przeżyła już wiele. Choć na początku odbieram ją jako osobę, której ewidentnie brak piątej klepki to z czasem dowiadujemy się, że ma ku temu powodu. Polubiłam także Cliffa, terapeuty Pata. Sympatyczny mężczyzna zawsze służył radą i pomocą, dzięki czemu odebrałam go bardzo pozytywnie. Niechęcią obdarzyłam w tej powieści jedynie ojca głównego bohatera, który nie chciał pomóc swojemu choremu psychicznie synowi a często nawet pogarszał jego stan.

Fabuła jest niezmiernie nurtująca - historia o nadziei, optymistycznym podejściu do życia, o miłości do różnych ludzi - przyjaciół, rodziny... Jednak mimo tego jak bardzo wciąga i intryguje ma swoje niepotrzebne wątki. Przede wszystkim ten o kibicowaniu Orłom. Rozumiem, że dla głównego bohatera futbol mógł być niezmiernie ważny, ale mnie po jakimś czasie znudziło ciągłe skandowanie nazwisk graczy, układanie swoich ciał w litery i chwalenie się koszulką Basketta. Tutaj autor zdecydowanie zawiódł czytelników przez nadmierne opisywanie wypraw na stadiony.

Styl pisania autora był interesujący. Zdarzały się powtórzenia, które jednak były interesującym zabiegiem stylistycznym. Sposób w który Pat prowadzi narrację rzeczywiście przywodzi na myśli nierozumiejące pesymizmu dziecko. Prosty język ułatwia czytanie, więc tu zdecydowany plus dla Quicka.

Podsumowując: mimo małych zastrzeżeń polecam tę książkę wszystkim książkowym molom, którzy lubią trochę inne historie miłosne. Pokazuję moc optymistycznego myślenia, nadziei, przyjaźni i miłości.

Teraz czeka mnie tylko obejrzenie filmu i zobaczymy, czy będzie tak samo dobry jak książka :)



poniedziałek, 16 grudnia 2013

#74. Recenzja książki. P. D. Baccalario; Historia prawdziwa kapitana Haka


Trudno znaleźć dziś dziecko, które nie zna historii Piotrusia Pana. Tytułowy bohater wraz z nieodłączną wróżką Dzwoneczkiem, zdecydowanie jest najbardziej podbijającą serca czytelników postacią. Mało lubiany jest natomiast kapitan Hak, który pragnie jedynie śmierci wiecznego dziecka. Mało który młodszy czytelnik tej książki zna jednak fantastyczne dzieje sir James Fry. Historia prawdziwa kapitana Haka ukaże jego opowieść od obwianego tajemnicą narodzenia w pałacu Windsor aż po ostatni rejs...

Książka P. D. Baccalario jest urzekająca. Opowieść o przygodach szlachcica to również podróż przez jego życie, dzięki której dowiemy się dlaczego Książę Mórz bał się krokodyli, do kogo należał stary zegar i kto posiada klucz aby go nakręcić...

Autor świetnie maluje słowami - prostym językiem, który zrozumieją praktycznie wszyscy opisuje liczne abordaże, napady, trudności i szczęśliwe chwile pirata z Anglii. Kreśli nieskomplikowanych bohaterów, tworzy wiele miejsc akcji. Jednak książka nie porywa, nie czujemy się związani z głównym bohaterem, nie mam poczucia, że musimy czytać dalej. Tak jak przy innych książkach często nie mogę się powstrzymać by nie zaglądnąć jeszcze raz, tak tu kompletnie nie miałam takiego samozaparcia żeby z kapitanem Hakiem zarzucić kolejną kotwicę.

Choć nie przywiązałam się specjalnie ani do głównego bohatera nie oznacza to, że lektura była kompletną klapą. Jeśli do przeczytania zachęca tytuł, bo ja byłam go bardzo ciekawa, to książka zostawia przy sobie ciekawą historią i dobrym pomysłem na fabułę. Mimo że wydarzenia są opisywane bardzo monotonnie
i czytając nawet najciekawsze zwroty akcji nie jesteśmy do końca zaciekawieni, Historia prawdziwa kapitana Haka nadrabia wieloma wątkami. Śledzenie ich sprawiło, że nieco bardziej mieliśmy ochotę przeczytać do końca. Ciekawymi są przede wszystkim losy matki Jamesa, May oraz poszukiwania kuzyna przez lady Florence.

Od strony technicznej Historia... prezentuje się bardzo dobrze. Ładna okładka, ciekawe inicjały na początku rozdziałów i mapy na drugich stronach okładki - czyli to co w książkach przygodowych uwielbiam. Szkoda tylko, że wyłapałam parę błędów - bez nich z pewnością lepiej odebrałabym to wydanie.

Podsumowując: nienajgorsza przygodówka, dla młodszych raczej czytelników, którzy wolą dobrą zabawę niż długie opisy. Autor wie jak dotrzeć do młodzieży, zwłaszcza że jego książki są adresowane głównie do nich.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę.

piątek, 29 listopada 2013

#73. Recenzja książki. Barbara Kosmowska; Buba. Sezon ogórkowy




To już druga część perypetii Buby. Mimo wielu przeciwności losu siedemnastoletnia dziewczyna poradzi sobie z każdą z pogodą na twarzy - a będzie ich nie mało. Tym razem będzie musiała przezwyciężyć w sobie żal po starcie Miłosza, pokonać w ogóra słynnego na całe osiedle karcianego kanciarza Stalina oraz przetrwać liczne rodzinne spory...

Buba tak mi się spodobała, że gdy tylko zobaczyłam jej kontynuację na bibliotecznej półce, musiałam ją wypożyczyć. Miała obawy czy specyficzny humor Kosmowskiej w "Sezonie ogórkowym" nie wyparował, A jednak. Wciąż pozostał ważny atutem tej lektury.

"-Mamy ślub - Mańczak cedził słowa z coraz większym trudem. - Ale pragniemy jeszcze raz ślubować to samo.
-Po co? - nie zrozumiał dziadek. - Po cholerę dwa razy kłamać, skoro masz już pan to za sobą.
-Wyprowadźcie starca! - zażądała Mańczakowa. - W innym wypadku... ja go stąd wyniosę.
-Nie wątpię - dziadek z uznaniem spojrzał na bagażnik. - Kondycyjkę to pani ma jak strongman!".


Barwnych postaci spod Zwierzynieckiej trudno nie polubić. Szczególną sympatią obdarzyłam, tak jak i w części poprzedniej - dziadka Buby. Cięte riposty i kąśliwe uwagi staruszka rozśmieszyły mnie podczas lektury nie raz i nie dwa. Tytułowa bohaterka również wzbudziła moje szczególne zainteresowanie. Ta niepozorna osóbka w drugiej części trochę się zmienia, uczy asertywności, wciąż jednak na pierwszym miejscu stawia sobie szczęście innych. Pojawiają się tu również wiecznie skłóceni rodzice brydżowej mistrzyni oraz grono jej najbliższych przyjaciół, które nieco się powiększy.

Fabuła kontynuacji Buby nie bardzo różni się od części pierwszej. Znów Olka postanowi rozwieść się z Robertem i po raz kolejny tego nie zrobi. Znowu rodzice Buby przeżyją kryzys i znowu babcia Rita zagości w ich rodzinnym mieszkaniu. Na szczęście autorka dodała także parę nowych wątków, dzięki czemu nie nudziłam się czytając.

A czytało się bardzo przyjemnie również ze względu na styl pisania autorki - prosty i przyjemny, nie trudny w odbiorze. Jak już wspomniałam jest także wypełniony humorem. Lecz Buba to nie tylko zabawa. Znajdzie się również dużo przemyśleń tytułowej bohaterki, niektóre bardziej filozoficznych niektórych mniej. Dla wielu osób mogą być drogowskazami jak patrzeć na życie pozytywniej, tak jak Buba - przez różowe okulary.

Podsumowując: Barbara Kosmowska po raz kolejny rozbawia i zaciekawia. Trudno mi było oderwać się od książki, więc połknęłam ją w jedno popołudnie. Niezmiernie mi się spodobała i trudno mi wybrać między tą a poprzednią częścią. Buba jak to Buba - musi być dobra ;)

sobota, 23 listopada 2013

#72. Recenzja książki. Richard Paul Evans; Michael Vey. Więzień celi 25.

Michael Vey to na pierwszy rzut oka zwykły nastolatek. Może trochę zbyt niski i gdy się zdenerwuje miewa różne tiki przez swój zespół Tourett'a, ale jest całkiem przeciętny. Mało osób wie jednak, że chłopak skrywa w sobie niepojętą moc - może porazić elektrycznością o mocy, która zabije krokodyla, kiedy tylko chce! Pewnego dnia okazuje się, że nie tylko on skrywa elektryczny sekret, ale również popularna czirliderka, Taylor ma zaskakującą umiejętność "resetowania" ludzi, tajemnicza korporacja porywa matkę Veya i zaczyna go ścigać. Wychodzi na jaw, że dawno temu w pasadeńskim szpitalu w Kalifornii, gdzie urodził się mutant testowano wynalazek, który zakaził nowo urodzone dzieci. Naelektryzowani bohaterowie to cel doktora Hatcha, szalonego naukowca, a do "kolekcji" brakuje mu tylko Taylor i Micheala. Kiedy doktor dosięga również dziewczynę, chłopiec stara się uratować dwie najwięcej znaczące dla niego kobiety i trafia prosto do Pasadeny - prosto do paszczy lwa...

Brzmi bardzo szablonowo, prawda? Też tak na początku myślałam, na szczęście jednak postanowiłam ją przeczytać. A po lekturze muszę przyznać, że historia elektrycznych dzieci jest porywająca i zdecydowanie warto ją przeczytać.

Autor ciekawie przedstawia bohaterów - każdy ma inną związaną z elektrycznością moc, spotkamy się zatem z czytaniem w myślach, strzelaniem piorunami, elektrolokacja... Pomimo tego, że przez karty książki przewija się wielu elektrycznych i nieelektrycznych postaci na pierwszym planie pozostają Michael, Taylor i ich przyjaciel Ostin. Trudno nie polubić głównych bohaterów - od początku wychodzą na tych dobrych, choć mniej lubianych. Z czasem coraz bardziej ich wspieramy i mamy nadzieję, że uda im się zwyciężyć zło. Należy jednak pamiętać, że ma ono nad nimi zdecydowaną przewagę...

Fanom fantastyki i s-f może się wydawać, że już to kiedyś czytali. Zmutowane dzieci i nie do końca poczytalny naukowiec, głowny bohater jest mało popularny i ma tylko jednego rodzica albo żadnego - taki motyw coraz częściej wykorzystuje się w młodzieżowej literaturze. W książce pana Evansa, mimo że znów mamy do czynienia z tymi nieodłącznymi elementami,przynajmniej mi nie znudziło się to. Jest wiele książek, opartych na tych schematach, którymi po prostu rzuciłabym o ścianę i powiedziała dziękuję, ale ta faktycznie jest warta przebrnięcie przez te pierwsze parę rozdziałów, w których napotykamy się na wszystkie dodatki po kolei.

„Diabeł powie tysiąc prawd, żeby przemycić jedno kłamstwo.”

Fabuła jest ogólnie skonstruowana tak, żeby nie nudzić. Gdy przyjaciele się rozdzielają, z nudniejszych wątków przeskakujemy od razu do ciekawszych. Trudno ją choć na chwilę odłożyć bo chcemy wiedzieć co będzie dalej. Prosty język pisania autora sprawił, że przeczytałam ją w jeden dzień. Richard Paul Evans nie wdaje się specjalnie w uczucia. Dla niego ważna jest walka, choć bywa i tak, że Michael przedstawi nam choć trochę swoje nastawienie. Nie wdaje się nawet za bardzo w związek głównych bohaterów - może w następnej części?

Podsumowując: powieść ta jest zdecydowanie skierowana do młodzieży. Nie znajdziemy tu heroicznych walk dobra ze złem, ale raczej typową mieszankę fantastyki i science-fiction. Choć fabuła nie jest specjalnie innowacyjna to zaciekawiła nawet mnie, choć się tego nie spodziewałam. Niesie ze sobą też wartości jakie w świecie nastolatków coraz bardziej odchodzą do lamusa - miłość do rodziców, szacunek dla słabszych, bezgraniczna wierność i moc przyjaźni. Może choć niektórzy nastoletni czytelnicy tej książki je dostrzegą i wezmą sobie do serca...

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę

niedziela, 10 listopada 2013

#71. Recenzja książki. Rafał Kosik; Felix, Net, Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi




Net Bielecki, Felix Polon oraz Nika Mickiewicz razem z wieloma innymi pierwszoklasistami rozpoczynają naukę w Gimnazjum im. Stefana Kuszmińskiego. Już od początku roku szkolnego zaczynają im się przydarzać... dziwne przygody! Trójka przyjaciół zdemaskuje tajemniczy Gang Niewidzialnych Ludzi, sprawdzi kto naprawdę lata niezidentyfikowanym obiektem latającym nad Tatrami, będzie walczyć ze zbuntowaną sztuczną inteligencją a także przekona się jak wielką moc ma przyjaźń.

Na tę książkę skusiłam się jedynie dlatego, że przeczytałam o niej dużo dobrego w Internecie. Zaciekawiła mnie również jej fabuła, która skojarzyła mi się od razu z Harry'm Potterem - trójka przyjaciół z niezliczonymi przygodami zawsze brzmi dla mnie świetnie. Niestety lektura oprócz plusów ma jeszcze sporo wad...

Fabuła, pełna technicznych zagadnień i ciągłego ocierania się rzeczywistości z fantastyką może się podobać. Mnie w każdym bądź razie bardzo wciągnęły historię o duchach i szukaniu skarbów przez nastolatków. Kosik ciekawie też podzielił rozdziały - prawie każdy zajmował się inną historię, niektóre łączyły się ale dokładały nowe wątki i td. Niestety potem zrobiło się tych niuansów trochę sporo, a jak mówią "co za dużo to nie zdrowo". Przyznam też, że niektóre wątki były po prostu niepotrzebnie i bez sensu wtrącone do całości - np. historia Niki. Sama się utrzymuje, bez rodziców i chodzi do prywatnego gimnazjum. Nie chciałabym zdradzać za wielu szczegółów i rozumiem, że pan Kosik chciał może zwrócić uwagę na to, że nie wszyscy są w tak dobrej sytuacji finansowej jak inni. Ale wyszło trochę niezdarnie.

Bohaterzy? Tu idą i na plus i na minus. Przede wszystkim są bardzo ciekawi - Felix to genialny konstruktor, Net - geniusz informatyczny i tajemnicza Nika, która nie chce o czymś chłopcom powiedzieć. Autor nie raz sprawi, że nas rozbawią oraz że się do nich przywiążemy. Jednak trzeba to przyznać - są trochę sztuczni. W dzisiejszych czasach trudno znaleźć trzynastolatków, którzy trzymają się dokładnie wyznaczonych godzin "policyjnych", są posłuszni i przyznają się do wszystkiego rodzicom.

Co jeszcze mnie zdziwiło? Chodzimy do szkoły w Wigilię? Serio? Na dodatek zauważyłam w książce sporo powtórzeń. Nie kłują w oczy, ale... są. Nie zmienia to jednak faktu, że wystarczyły mi dwa wieczory na przeczytanie książki, bo wciąga ona niezmiernie a lekki styl pisania autora tylko ułatwia nam szybkie przebrnięcie przez powieść.

Podsumowując: książka ma swoje wady i zalety. Mniej więcej się one równoważą, ale nie zmieni to faktu że te plusy ujemne też istnieją. Na szczęście dla zwyczajnych nastolatków nie powinno to sprawiać szczególnego problemu -  książka jak książka. Autor trochę niezdecydowany zrobił coś na kształt s-f skrzyżowanego z Harrym Potterem, ale bez różdżek, kociołków i quidditcha. Ale wciąż nie wiem czy mam ochotę sięgnąć po następne części.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę.

niedziela, 3 listopada 2013

#70. Recenzja książki. Stephanie Meyer; Intruz



Ziemia, bliżej nieokreślona przyszłość. Tajemnicze istoty z kosmosu opanowują naszą planetę ale nie walcząc, lecz wnikając do naszych umysłów. Gatunek ludzki jest na wyniszczeniu - wchodząc do głów najeźdźcy przywłaszczają sobie nasze życie i ciało. Tych, którzy nie mają w sobie jeszcze duszy tropią łowcy. Tak zostaje złapana Melanie. W jej rozumu wczepiona zostaje Wagabunda - dojrzała dusza, która ma doprowadzić łowców do reszty wolnych ludzi. Melanie jednak nie ma zamiaru oddać jej swojego umysłu i wciąż podsuwa jej obrazy ukochanego. Wagabunda, która powoli zaczyna przyjaźnić się z właścicielką ciała jej żywiciela, wyrusza w poszukiwanie jej lubego, Jareda oraz brata Jamie'go.

Niektórych od Intruza może odstraszać już nazwisko autorki. Wiele osób kojarzy się ono z sagą Zmierzch, która okryła się złą sławą, w każdym bądź razie w gronie dojrzałych czytelników. Nie ma jednak ku temu żadnych powodów. Intruz jest książką o niebo lepszą.

Przede wszystkim powieść ma niezmiernie ciekawą fabułę. Pomysł na historię jest banalny - niewidzialni wrogowie najeżdżają na ziemię a gdzieś głęboko w jaskiniach żyje sobie grupa rebeliantów, którzy bronią się przed intruzami. Stephanie Meyer odmalowała to jednak jako pełną przeżyć, emocji, strachu i nadziei dzieło, które z pewnością zachwyci fanów romansów ale również fantastyki i s-f. Spod pióra pani Meyer wychodzą innowacyjne pomysły, jakimi jest wszczepianie dusz w ludzkie rozumy ale również dialogi pełne miłosnego uniesienia, a wszystko odmalowane barwnie i ciekawie.

Bohaterowie również są nietuzinkowi - Melanie, która ma w sobie dwa rozumy czy też Jared, który nie jest pewny swych uczuć do swej ukochanej uwięzionej w swoim własnym ciele. Oprócz tego na kartach książki spotkamy wiele świetnie stworzonych, skomplikowanych postaci, które polubimy lub nie.

Autorka pisze prosto i łatwo, ale w porównaniu do Zmierzchu o wiele lepiej. Jej styl dojrzał i bardzo się zmienił przy tej książce. Przeżycia bohaterów opisuje tak, że czyta się je jednym tchem, ale bardziej niż na przygodach skupia się na uczuciach. Nie raz ogarnie nas przy tej lekturze wzruszenie i możemy poczuć się jakbyś wraz z bohaterami walczyli o wolność. Pomimo tego że książka ma ok. 560 stron (!) nie znudziła mnie ani trochę.


Podsumowując: świetna, dobrze napisana i ciekawa książka. Nie warto podchodzić do niej sceptycznie, oczekując powtórki największego "dzieła" autorki. Wartka akcja, niespodziewane zakończenie, świetni bohaterowie. Wywołała na mnie pozytywne zaskoczenie, kompletnie nie spodziewałam się, że pani Meyer uniesie się ponad wampirze opowieści i napisze coś takiego. Mam nadzieję, że zaskoczy jeszcze wiele razy.



Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę

czwartek, 24 października 2013

#69. PRZEDPREMIEROWO. Recenzja książki. Andrzej Ziemiański; Pułapka Tesli

http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/194000/194048/187301-352x500.jpg

Ziemiański jak trójkąt bermudzki po raz kolejny wciąga czytelnika w swoje historie. Bawi się jego wiedzą i niewiedzą o świecie. Dużo w tym wszystkim Wrocławia, miasta, które zdawałoby się dobrze znamy, a jednak poznajemy na nowo trzymając się śladów Autora. Tutaj czas nie ma granic i ram. Gdzieś w tle przechadza się Amy Winehouse. Lars Ericsson poszukuje partnerów w dalekiej Japonii, a Nikola Tesla próbuje walczyć o swoje patenty z Bellem i Edisonem. Prawdziwe testosteron story z intrygującą pułapką w tle.
źródło opisu: Fabryka Słów

Pułapka Tesli to nowy zbiór publikowanych już w różnych czasopismach opowiadań Ziemiańskiego - mieszanina bardzo niejednorodna. Znajdzie się trochę fantastyki - nieraz cofniemy się w czasie, a nawet wejdziemy z autorem do ludzkich głów, ale pod przykrywką zupełnie niespodziewanych wymysłów autora odkryjemy też trochę zwykłych i niezwykłych ludzkich problemów.. Krótko mówiąc: każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Styl pisania pana Ziemiańskiego nie przeszkodzi nam w czytaniu - autor pisze łatwo i prosto. Przy objętości 300 stron książkę czyta się szybko, dlatego ostrzegam - nie jest to lektura na cały dzień. Ziemiański, tak jak w jego najbardziej znanej powieści, Achai, pokazał klasę. W każdej historii jest to co w jego opowiadaniach najlepsze - humor (również czarny) oraz niespodziewane zakończenia i zwroty akcji.

Niezwykli bohaterowie - rodzina, która cofa się w czasie; konstruktorzy walczący o swoje patenty; para, która nie może do siebie wrócić i doktor Różycki, lekarz wędrujący w snach to towarzystwo nietuzinkowe, przy którym nie sposób nie spędzić miło czasu. Choć zupełnie inni, są świetnie stworzeni, nietypowi i ciekawi.

Podsumowując: każdy wielbiciel polskiej fantastyki i pana Ziemiańskiego powinien sięgnąć po tę książkę. Świetne postacie i nietypowe fabuły opowiadań sprawią, że nawet ten króciutki zbiór sprawi Wam wiele przyjemności z czytania. 
polecam. cena: 32,99 zł

Aby przeczytać fragment Pułapki Tesli kliknij w link: FRAGMENT.
Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę.

niedziela, 22 września 2013

#67. Recenzja książki. Federico Moccia; Trzy metry nad niebem


http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/40000/40781/117230-352x500.jpg

Babi to ułożona dziewczyn, wzorowa uczennica z dobrej rodziny. Gdy pewnego dnia spotyka na swojej życiowej drodze Stepa, rasowego chuligana dla którego ćwiczenia na siłowni, bijatyki i burdy uliczne to codzienność wydaje jej się, że nigdy nie odwzajemni uczucia, jakim on ją obdarzył od pierwszego wejrzenia. Powoli jednak zaczyna poznawać życie młodocianego przestępcy i zostaje wciągnięta w jego niebezpieczny świat - złodziei i szybkich motorów. Wraz z rosnącą namiętnością oboje się zmieniają. Babi poznaje ciemną stronę ludzi, otwiera się na nowe wyzwania a Step łagodnieje. Oboje dojrzewają i odkrywają nowe, sprzeczne z sobą światy.

Federico Moccia jest czarodziejem słów. W Trzech metrach nad niebem odmalował romantyczną historię, która wciąga, zaskakuje i pokazuje jak można się zmienić pod wpływem innych. Powieść oczarowała mnie na tyle, że pochłaniałam ją z wypiekami na twarzy.

Bohaterowie są najważniejszym i mocnym punktem tej książki. Na każdej stronie, wciąż ewoluują, zmieniają się. Są niesamowicie żywi, czasem robią coś zupełnie spontanicznie i dają się porwać sile uczucia. Pan Moccia ukazał nam ich jako zupełnie innych lecz zostawił jako podobnych. I choć nie tylko oni występują w powieści, to na nich głównie się skupiamy - reszta bohaterów zostaje pokazana dość pobieżnie.

Styl pisania autora jest szczegółowy, lecz prosty i łatwy do zrozumienia. Autor mocno skupia się na opisywaniu emocji bohaterów. Nadaje to książce mocno zabarwionego uczuciami wydźwięku i jeszcze bardziej podsyca związek pomiędzy Babi a Stepem.

Fabuła powieści jest niezmiernie zaplątana, przez dłuższy czas nie wiem czy główni bohaterowie postanowią być ze sobą. Wiele zwrotów akcji potęguję ciekawość a koniec bez happy-endu wzmacnia prawdziwość tej historii. Jest ona również niezmiernie wciągająca. Każdy fan romansów na pewno nie będzie mógł przejść koło Trzech metrów nad niebem obojętnie.

Podsumowując: autor potrafił poetycko opisać uczucia pomiędzy Babi a Stepem, lecz równie sprawnie odmalowywał brutalne walki, w których uczestniczył Stefano. Ta powieść ma w sobie coś przyciągającego i jest jednym z moich najbardziej udanych zakupów książkowych.
polecam. cena: 12,99 zł

niedziela, 15 września 2013

#66. Recenzja książki. Veronica Rossi; Przez burze ognia


http://www.gandalf.com.pl/o/przez-burze-ognia,big,364706.jpg

Aria to Osadniczka żyjąca w Reverie. To świat oddzielony od dzikiej natury kopułą, w którym ludzie spędzają czas w wirtualnych Sferach, dzięki specjalnemu urządzeniu - Wizjerowi. Przez nieszczęśliwy splot wypadków zostaje wygnana z domu, poza kopułę. Na zewnątrz - w miejscu gdzie szaleją burze eterowe, grasują kanibale a na każdym kroku czają dzikie zwierzęta i Wykluczeni, mieszkańcy spoza Reverie - Aria nie ma szans na przeżycie. Pomóc jej może tylko jeden z "Dzikusów", ludzi spoza Sfer. Los obdarza tym obowiązkiem Perry'ego. Z początku niechętnie chłopak zgadza się pomóc dziewczynie, która z kolei może mu się przydać w odnalezieniu bratanka porwanego przez Osadników i odkupieniu swoich win u brata. Powoli nienawiść między nimi zmienia się w uczucie, a w swoim towarzystwie odnajdują ostoję w trudnych chwilach. Czy uda im się dokończyć swoje misje razem?

Przez burze ognia nie zaciekawiło mnie od razu. Trochę potrwa zanim autorka porządnie nas wciągnie w opowieść o próbie przeżycia w pełnym niebezpieczeństw świecie. Ale w końcu jej się to uda. Na dobre.

Od kiedy przeczytałam parę recenzji tej książki w internecie i zobaczyłam tę świetną okładkę postanowiłam, że na pewno nie przejdę koło tej powieści obojętnie. Po paru stronicach wydawało mi się, że polowanie na nią jednak nie miało sensu. Początek przynudzał, był dość mało zachwycający i nie popychał mnie do tego by dalej zagłębiać się w lekturę. Jednak z każdym kolejnym rozdziałem akcja nabierała rozpędu, pojawiały się nowe postacie, nowe zdarzenia. Po pewnym czasie coraz trudniej było mi się oderwać od książki, czekając na kolejne niebezpieczeństwa, które mogą stanąć przed Perry'm i Arią. 

Mocną stroną tej mieszanki fantasy i s-f są główni bohaterowie oraz wizja świata w przyszłości. Trudno nie przywiązać się do Peregrine'a i Arii, choć z początku oboje wydawali mi się średnio przyjaźni. Chłopak oraz dziewczyna o dwóch skrajnie różnych charakterach - ona żyjąca zawsze w wygodzie, w świecie pełnym technologii i on - gruboskórny, lecz nie bez serca, dorastający w miejscu tak niebezpiecznym, nie bojący się niczego, ale wrażliwy. Mistrzowskie wykreowanie postaci przez autorkę dodaje walorów powieści. 

Niedawno recenzowałam Dotyk Julii Tahereh Mafi. Kto czytał ten wie, że narzekałam tam na brak opisów świata w przyszłości, które są w powieściach utopijnych tak ważne. W Przez burze ognia na szczęście tego typu narzekań nie będzie. Swoją wizję świata za tysiące lat Veronica Rossi przedstawiła bardzo przejrzyście, opowieści Arii o Reverie czytałam z zapartym tchem. 

Choć nie znajdziemy tu  wampirów czy wilkołaków autorka aby urozmaicić Arii pobyt na zewnątrz wprowadziła inne niezwykłe moce, które mają Wykluczeni. W książce zaistnieli więc Scirzy, posiadający wyczulony węch na tyle, że mogą "powąchać" emocje innego człowieka, Vidowie, posiadający niesamowicie rozwinięty wzrok oraz Audiole, wyczuleni na dźwięki. Jestem wręcz wdzięczna autorce, że nie powielała znanych nam już schematycznych nierealnych stworzeń, lecz wymyśliła coś nowego, oryginalnego.

Podsumowując: jeśli jesteś fanem antyutopijnych wizji świata w przyszłości, to z pewnością przypadnie ci do gustu debiutancka powieść Veronici Rossi. Ja polubiłam niemal każdy jej aspekt, wybaczając autorce nawet ten marny początek. Dynamiczna akcja szybko wciąga, postacie, również te poboczne wywołują sympatię ale również nienawiść a lekki i plastyczny styl pisania pozwala łatwo przebrnąć przez kolejne strony. Aż nie mogę się doczekać kiedy w moje łapki wpadnie Przez bezmiar nocy. Bo wpadnie na pewno :)
polecam. cena: 34, 90 zł.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę.

środa, 4 września 2013

#65. Recenzja książki. Tahereh Mafi; Dotyk Julii

http://i.datapremiery.pl/4/000/03/632/tahereh-mafi-dotyk-julii-shatter-me-cover-okladka.jpg
Świat za parę set lat. Zaczyna brakować żywności, ludzkości wyeksploatuje ziemię ze wszystkich jej zasobów. Planetę zaczyna opanowywać bezwzględny Komietet Odnowy, który nie cofnie się przed niczym aby zdobyć władzę kompletną. Aby opanować świat członkowie komitetu chcą wykorzystać dar Julii, której dotyk zabija. Siedemnastolatka, której nikt nigdy nie mógł dotknąć przez gołą skórę i nigdy nie doświadczyła bliskich uczuć do jakiegokolwiek człowieka, ani żaden człowiek do niej, nie ma siły walczyć z ludźmi, chcącymi użyć ją jako broń. Dopóki nie znajdzie się ktoś, kogo będzie mogła dotknąć i o niego walczyć.

Hipnotyzująca okładka i pozytywne recenzje już od dawna zachęcały i kusiły mnie, by przeczytać tę charyzmatyczną, nietypową książkę. Miałam nadzieję na lekką fantastyczną powieść z wątkiem miłosnym w tle. Tymczasem dostałam romans, fantasy i trochę science-fiction. Czy mi się to podobało? Raczej tak.

Zacznijmy od tego, że chłopców raczej nie zainteresuje ta książka. Jest ona mocno nacechowana uczuciami i wewnętrznymi przeżyciami tytułowej bohaterki. Na pierwszym planie jest również jej związek z Adamem, który - czego się nie spodziewałam - jest mocno związany z fabułą książki.
Trudno powiedzieć, żeby fabuła była bardzo skomplikowana. Jej jednowątkowość nie razi w oczy, bo jest urozmaicona opisami i myślami Julii, więc czyta się ją dość przyjemnie. I szybko. Z naciskiem na szybko. Z tego powodu nie wiem czy jest ona do końca warta swojej ceny - 35 złotych - skoro bądź co bądź kończy się dość szybko i niespodziewanie.

Główni bohaterowie to wielki plus tej książki. Odosobnienie Julii czuć od początku - brak więzi z kimkolwiek, brak rodziny, przyjaciół... Trudno się chociaż trochę nie przejąć historią skomplikowanego życia dziewczyny.  Potem dochodzi jeszcze Adam z własnymi problemami, m.in. obowiązkiem utrzymania brata. Ich związek był jednym z najlepszych paranormal romance o jakim czytałam. Nie pobije go nawet Jake i Clary z Darów Anioła. Oboje bohaterów było równie ciekawych i trudno by mi było wybrać tylko jedną osobę z tej dwójki, co jest dziwne bo zazwyczaj faworyzuje dziewczyny ;)

Co według mnie było minusem tej książki to małe przedstawienie przez autorkę jej wyobrażenia o antyutopijnym świecie, w którym rozgrywają się wydarzenia. Tak naprawdę wiemy o nim bardzo mało - jedynie to, że zaczyna brakować żywności a ludzie, którzy powinni dbać o całe społeczeństwo dbają tylko o siebie i jak najlepszą pozycję. Może był to zabieg zaciekawiania drugą częścią (Sekret Julii), w której prawdopodobnie razem z Julią, wcześniej trzymaną w zamknięciu, poznamy sytuację w świecie, przedstawianym nam przez panią Mafi.

Oprawa graficzna Dotyku... jest niesamowita. Wysmakowana, przyciągająca wzrok okładka zapowiada ciekawą lekturę. Co mnie zdziwiło w środku jest dużo przekreśleń, zdań bez przecinka i tp. Dość specyficzny sposób pisania autorki jest bardzo rozpoznawalny, ale łatwo do niego przywyknąć. Pod względem oprawy książki z serii Moon Drive, wydawane przez wydawnictwo Otwarte są nie do pobicia. Wybrani, Przez burze ognia, Delirium czy Klątwa tygrysa - książki, które z pewnością kojarzycie, jeśli interesujecie się fantastyką, są pod względem oprawy jednymi z najlepszych. Dotyk Julii nie odbiega a nawet przewyższa niektóre serie pod tym względem.

Podsumowując: przyjemna lektura, adresowana raczej do dziewczyn oraz fanatyków antyutopii, choć opisów świata w przeszłości jest naprawdę mało. Oryginalna, pisana dość specyficznym stylem. Pani Mafi stworzyła ciekawy, choć dla mnie trochę za krótki paranormal romance, połączony z fantastyczną wizją przyszłości. Mnie się podobał, choć obyło się bez specjalnych rewelacji.
cena: 34,90 zł

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę.

poniedziałek, 2 września 2013

#64. Recenzja książki. Micheal Grant; Gone, Zniknęli. Faza druga: Głód

http://merlin.pl/Gone-Znikneli-Faza-druga-Glod_Michael-Grant,images_big,10,978-83-76-86-008-4.jpg
Perdido Beach pod przywództwem Sama wygrało z grupą Caine'a z Coates Academy. Jednak to nie koniec ich zmartwień i ETAP wciąż trwa. Jedzenie szybko i nieubłaganie się kończy. Fabryki nie funkcjonują a pozostałe przy życiu dzieci nie mają ochoty pracować. W dodatku pomiędzy mającymi moc, nazywanymi mopami a normalnymi nastolatkami tworzy się konflikt  przez, który całe miasteczko podzieli się na dwie grupy...

Pierwsza część Gone, Zniknęli nie zachwyciła mnie jakoś specjalnie. Oczywiście była bardzo oryginalna, ale jak to zwykle bywa - nie było jakiejś wielkiej rewelacji bo seria dopiero się rozkręcała. Natomiast Faza druga: Głód to czyste arcydzieło.

Zacznijmy od tego, że powieść jest naprawdę długa, a przeczytałam ją nawet nie przekładając zakładki. Wciąga tak, że czytałam ją od razu po zakupie, potem przy obiedzie a potem nagle dotarłam do ostatniej strony i zrobił się wieczór. Autor sprytnie urywa rozdziały w najciekawszym momencie aby przenieść się w zupełnie inne miejsce, przez co koniecznie musimy dokończyć rozdział aby dowiedzieć się co jest w następnym i tak dalej i tak dalej. Strasznie trudno się od niej oderwać - i to jest zdecydowanie plus, tak jak jej długość. Mimo tych 544 stron nie przynudza a akcja toczy się wartko.

Fabuła jest bardzo rozbudowana - jednocześnie poznajemy wielu bohaterów, miejsc i sytuacji. Wielowątkowość dodaje jej uroku i sprawia, że coraz bardziej mamy ochotę wiedzieć co jest na następnej stronie. Wraz z nowymi problemami dochodzą również nowi bohaterowie - i tak poznajemy czytającą w snach Orsay, przeciwnika mopów Zila oraz jego paczkę i panującego nad swoją gęstością Ducka. Nowe postacie wnoszą powiew świeżości do ETAPu, choć muszę przyznać iż najbardziej przywiązałam się do przywódcy Sama, geniuszki Astrid, małego Pete'a, psychopatycznych Caine'a i Drake'a oraz wyrachowanej, sarkastycznej Diany.

Okładki serii Gone są dość schematyczne i rozpoznawalne, jednak każda z nich jest na swój sposób ciekawa i wyjątkowa. Tak samo oprawa - Jaguar świetnie poradził sobie ze stworzeniem graficznej oprawy sagi. Uważam, że jest jedną z najlepiej oprawionych serii.

Podsumowując: oryginalna powieść, osadzona w świetnym świecie Ekstremalnego Terytorium Alei Promieniotwórczej (ETAPu). Autor bardzo dobrze poradził sobie z przedstawieniem prawdziwych zagrożeń, które mogą wynikać przez brak osób dorosłych - głód, choroby i oczywiście przymusowa praca. Świetnym pomysłem było również wprowadzenie konfliktu w miasteczku i wątku miłosnego. Grozy książce dodaje Ciemność - prawdopodobnie powstały z promieniowania potwór, który pragnie opanować cały ETAP i zawładnąć jak największą liczbą umysłów. Uważam, że jest to jedna z niewielu ostatnio powstałych książek fantastycznych dla nastolatków, które mają jakiś potencjał i zawierają więcej niż tylko tysiąckrotnie powielane pomysły.
polecam. cena: 34,90

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę.

sobota, 31 sierpnia 2013

#63. Recenzja książki. Kevin Brooks; Martyn Pig


http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/59000/59814/352x500.jpg

Z Kevinem Brooksem spotkałam się po raz pierwszy w sumie niedawno podczas lektury książki jego autorstwa, Candy. Wtedy właśnie dowiedziałam się jakie tematy porusza autor - a są to głównie tematy ciężkie i nie każdy jest w stanie czytać to jednym tchem. Martyn Pig to kolejna książka Brooksa, która porusza nietypowe, ponure wątki.

Ojciec Martyna umarł. Przed chwilą jeszcze żył ale Martyn jakoś tak go popchnął a on, jako że był pijany, zatoczył się i uderzył się głową o obudowę kominka. No i puff. Zginął. Zagubiony w swoich uczuciach nastolatek nie wie czy kogoś o tym poinformować, czy zachować ten fakt w tajemnicy. Jedyną osobą z którą podzieli się tą wiadomością, jest jego przyjaciółka Alex. Jak dalej potoczy się jego życie?

Zacznijmy od tego, że książka była tak naprawdę... nudna. Nudna i dziwna - tak bym ją opisała. Do chwili śmierci ojca jeszcze jakoś się toczy - alkoholizm pana Pig, dużo piwa, smętne miasteczko w Anglii... Potem jest już tylko gorzej...

Zacznijmy od postaci. Martyn do pewnego momentu mnie jeszcze interesował. No wiecie, radził sobie z alkoholizmem taty, uwielbia kryminały i stara się kryć ojca przed opieką społeczną, która już nie raz chciała go odebrać z rąk jedynego rodzica, który mu pozostał. Przedstawił nam ciekawą, dość dramatyczną historiś swojego życia, która do pewnego momentu jeszcze interesuje. Sympatyczna była również jego sąsiadka i najlepsza kumpela Alex, urodzona aktorka. Co prawda często umawia się z niewłaściwymi ludźmi, ale wyszła dość miło i przyjemnie. Do tej 40 strony, a potem zostają tylko tego typu rozterki: gdzie ukryć ciało? Czy możemy być razem? Jak sobie poradzić z wścibską ciotką Jean? I tak dalej. To stawało się naprawdę denerwujące kiedy ten dość specyficzny tok myślenia chłopca ciągnie się na pozostałych 174 stronach po śmierci ojca Martyna.

Najgorsza jest i tak fabuła. Sam pomysł OK, jeszcze ujdzie choć jest dość drastyczny. Ale wykonanie naprawdę poległo. Kiedy w Candy ciągle coś się działo tutaj akcja ciągnie się jak flaki z olejem i w dodatku naprawdę długie flaki. Jeden wątek, który nie jest nawet ciekawie urozmaicony. Jeśli bardzo, bardzo byśmy zaparli to może podejść pod kryminał, ale na tyle nudny, że w księgarni leżałby na ostatniej półce.

Podsumowując: Nudnawa, przydługa i nierozbudowana opowieść. Trudno mi panu Brooksowi wybaczyć zwłaszcza, że pomysł był oryginalny i niespotykany tymczasem książka jest po prostu... skopana. Choć bardzo przykro mi to mówić.
nie polecam. cena w empiku: 38,99 zł

niedziela, 25 sierpnia 2013

#61. Recenzja książki. Meg Cabot; Kiedy piorun uderza

Kiedy piorun uderza - Meg Cabot

Jessica Mastriani mieszka w Indianie, ma kochającą choć trochę pokręconą rodzinę, trzy nieźle prosperujące restauracje ojca, duży dom, talent do muzyki i najlepszą przyjaciółkę. Kiedy na horyzoncie pojawia się jeszcze Rob, chłopak który całkiem podoba się Jess wydaje się, że nic nie może w jej życiu pójść nie tak. Aż do tej pamiętnej burzy, kiedy Jessicę trafia piorun. I choć nie trafia do szpitala, ani nie dostaje zawał serca odkrywa w sobie nową moc, talent, którym jest odnajdywanie zaginionych ludzi. Niestety przez tę przypadłość przed jej domem zaczynają zalegać hordy wścibskich dziennikarzy a do drzwi dobijać się FBI.

Gdyby nie to, że autorką Kiedy piorun uderza jest Meg Cabot prawdopodobnie bym jej nie tknęła, zrażona nie najpiękniejszą okładką. Jeśli jednak napisała ją twórczyni Pamiętników księżniczki, które  ostatnio sobie powtórzyłam uznałam iż spotkanie z następną dziewczyną z kłopotami nie może być aż takie złe.

Kto zna już twórczość pani Cabot ten wie, jakim językiem operuje. Kto nie wie, temu podpowiem: prostym. Aby łatwo dotrzeć do młodzieży autorka nie sili się na trudny, wymagając język, dzięki czemu z pewnością zaskarbia sobie miłość wielu czytelniczek. Nie znajdziemy tutaj więc nic co mogłoby zaciekawić tych książkowych maniaków, którzy zazwyczaj sięgają po literaturę z wyższej półki. Sam pomysł wyjątkowych umiejętności w połączeniu ze stylem Meg Cabot wydawał mi się... no cóż, mieszanką wybuchową. O dziwo, wyszło całkiem zgrabnie.

Powieść jest utrzymana w tonie oświadczenia, które główna bohaterka musiała złożyć po zakończeniu całej sprawy. Zdolności parapsychiczne Jessiki wzięły się od uderzenia piorunem, później zaczęła widywać w snach zaginione dzieci z pudełek po mleku, które dodawała do swoich płatków, a FBI chciało ją wykorzystać, aby odnajdywała przestępców i zaginionych ludzi. Cała sprawa kończy się dość niezwykle, co popycha do przeczytania następnych tomów serii 1-800-JEŚLI-WIDZIAŁEŚ-ZADZWOŃ.

Główna bohaterka, która, niespecjalnie ma ochotę współpracować z biurem śledczym, może się wydawać oporna i nie mogąca się poświęcić w dobrej sprawie. Kiedy się zgadza, można mieć wrażenie, że robi to tylko dla pieniędzy, ale prawda jest taka, że ma na uwadze dobro brata - Douglasa, schizofrenika, który przez ciągłe błyski fleszy dostaje paranoi. Jest więc osobą wrażliwą, dzięki czemu szybko ją polubiłam. To w sumie jedna z bardzo nie wielu postaci, do której można żywić jakiekolwiek uczucia bo reszta "robi za tło" i raczej wiemy o nich nie wiele - pełna kompleksów geniuszka Ruth, żyjący prawie że w cyberprzestrzeni brat Jess, Micheal oraz Douglas, drugi brat dziewczyny, mocno chory psychicznie, który próbował nawet samobójstwa. Te ciekawe, z mojego punktu widzenia postacie, zostały kopnięte w kąt aby na pierwszym planie postawić Jessikę. Dobrze, że ona jest równie wyrazista, bo inaczej chyba odłożyłam bym książkę.

Podsumowując: choć oprawa książki jest beznadziejna to książka nie najgorsza. Lekka lektura o dziewczynie, która pewnego dnia odkrywa magiczne zdolności przeplatana z uciekaniem przed FBI oraz wątkiem miłosnym. Fanów Meg Cabot nie zawiedzie, ale nie gustujących w "młodzieżówkach" raczej nie zachwyci.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Fantastykę.